Archiwum 24 marca 2004


mar 24 2004 Klatka
Komentarze: 1
Klatka zdawała się być coraz mniejsza, w miarę jak w niej dorastał. Przypuszczał (i najprawdopodobniej miał rację), że nie jest to efekt jedynie redukcji miejsca, spowodowanej jego wzrostem, lecz tego, że klatka faktycznie się kurczy. Mimo to nigdy nie było mu za ciasno. Zawsze miał miejsce, aby mysleć, aby czytać, aby mówić... zawsze miał miejsce, żeby kochać, choć nie miał kogo. W rogach klatki walało się mnóstwo wspomnień. Tutaj leżał jakis smiech, który mógłby zaistnieć, tutaj miłosć, która mogłaby być odrzucona, tutaj rzeczy, które mogły być spisane, wyspiewane... gdyby nie klatka.
Klatka była z metalu. Nie było w niej żadnej szpary, a jednak czuł rzeczy na zewnątrz. Widział je w pewien mistyczny, duchowy sposób. Ludzie na zewnątrz zdawali się mieć większe problemy od niego. Komus umarł syn, komus zamordowano dziewczynę, ktos stracił rękę w tragicznym wypadku, ktos nie zdał matury. Ktos poszedł do więzienia, ktos został porzucony.
Ktos cierpiał.
Jednak oni byli poza klatką. Jego nikt nigdy nie porzucił, nikt nigdy mu nie umarł, żadna częsć ciała nie została odcięta, zmiażdżona, urwana. Żaden egzamin nie został oblany, ponieważ nie przywykł do robienia sobie egzaminów. Ćwiczył tylko swoją empatię. Ćwiczył współczucie dla ludzi na zewnątrz, mimo, iż oni byli w bardziej komfortowej sytuacji. Oni żyli. Oni umierali.
Oni byli wolni.

Odkąd pamiętał był zamknięty w tej swojej klatce. Przypuszczał, że przyszedł w niej na swiat. Przypuszczał, że w niej zdechnie. Przypuszczał, że jego ciało po smierci zgnije, splesnieje... może nawet splesnieje za życia? Oczami wyobraźni widział swoje spotkania z ludźmi z zewnątrz po smierci gdzies tam, w niebie czy piekle.
„Czesć... nazywam się *iot*... miło was widzieć, miło widzieć kogokolwiek. Jak umarłes?”.
„Zostałem zabity przez pijanego kierowcę. Wracałem własnie do domu, do kochającej żony, do malutkich dzieci, do psa, który złożony przeróżnymi chorobami cierpiał, i trzeba było przy nim siedzieć. Wracałem do wszystkiego, co kochałem. Gdy wtem, zza zakrętu wyjechał ten facet. Nawalony jak szpadel. Jednym, błędnym ruchem kierownicy, spowodowanym nadmiarem alkoholu pozbawił mnie wszystkiego. Żony, dzieci... cierpiącego psa. A może raczej: pozbawi ich mnie. Odebrał mi nawet życie, urywając przy okazji nogi. Męczyłem się jeszcze przez cztery godziny, leżąc i wołając o pomoc na poboczu. W rowie jak kundel. Krzyczałem, wołałem... pamiętam, że zaczął padać deszcz. Chciałem wstać, ale moje nogi leżały kilka metrów dalej. Poczułem odrażający smród, i zdałem sobie sprawę, że mięsnie zwieracza pusciły... wiedziałem, że umrę. Straciłem wszystko. A ty?”.
„Ja splesniałem... urodziłem się w klatce, i umarłem w niej. Nie miałem żony, nie miałem dzieci, nie miałem psa. Nic nie straciłem, bo nie miałem nic.”
Nie wiedział, czy byłby w lepszej sytuacji, czy w gorszej.

W miarę dorastania coraz mniej miejsca było na nogi, za to coraz więcej na niespełnione marzenia… na wspomnienia, które miały nigdy nie nadejsć.
Najbardziej nie znosił paków. Ona zawsze mu przeszkadzały. O ile uwielbiał oglądać je w locie, to nienawidził, kiedy srały mu na klatkę. Po jakims czasie prawie w całości pokryła się ona ptasim gównem, co ograniczało jego odczuwanie świata jedynie do zmysłów. Ale zmysły mu wystarczyły. Zmysłami widział wszystko, co chciał zobaczyć. Zmysłami widział wszystko, co warte było zobaczenia.

Klatka pokryła się ptasimi odchodami, kiedy *iot* był jeszcze mały. Z wiekiem zrozumiał, że w większosci, to było ludzkie gówno. Wtedy pokochał ptaki.


Wtedy znienawidził ludzi. Jednak kiedys nadciągnęła wielka wichura. Wiatr (czy naprawdę był to wiatr nie wie nikt) targnął klatkę do góry, i rzucił gdzies na skały, rozbijając jego małe, prywatne więzienie w drobiazgi.
Z początku nie mógł otworzyć oczu. Było za jasno. Słońce raziło go nawet przez silnie zacisnięte powieki. Po jakimś czasie nadeszła noc. Wtedy otworzył oczy, i, mimo że księżyc również trochę go oślepiał, zaczął badać swiat dookoła. Dotykał wszystkiego, wachał, całował. Zachwycał się każdym szczegółem. Każda żywa istota, każda materia.
Wszystkim.
Pokochał swiat, a swiat pokochał jego.
Przekonał się nawet do ludzi. Mimo, iż to oni ograniczyli mu postrzeganie swiata przez sranie na jego klatkę, to doszedł do wniosku, że faktycznie: jego klatka warta była osrania. Jego klatka warta była pogardy. Jego klatka była niepotrzebna. Zbędna.
Był już prawie dorosły, jednak rozumiał swiat dużo lepiej, niż większosć starców. Miał braki w wykształceniu (zwłaszcza z przedmiotów scisłych), miał wady, które rozwinęły się w nim, gdy siedział w klatce. Jednak jego duchowy rozwój niwelował wszelkie braki na innych płaszczyznach.
Poznawał ludzi. Ludzie poznawali jego. Dobrze mu się z nimi rozmawiało, a i oni na niego nie narzekali. Stanowił dla wielu miłą odskocznię… odskocznię od opanowanego materializmem swiata. Przy nim mogli się czuć sobą, przy nim wszyscy byli równi.
On ich wspierał, on ich bawił.
On im pomagał.


I wtedy poznał ją. Była piękna. Miała ciemne blond włosy (nie rozjaśniane, nie jasne, jak większość tych „laseczek”, które powodowały u niego odruch wymiotny, lecz ciemne, czasem – to zależało od naświetlenia – prawie rude, jednak nadal blond), pełne piersi, krągłe, ponętne biodra. Miała wszystko, czego on szukał w kobiecie. Miała nawet dużo więcej, jednak wtedy jeszcze tego nie dostrzegał.

Żyli razem dość długo. Wystarczaja co długo, by znajomi nie mogli się nadziwić, że tyle razem wytrzymali. Lecz było im dobrze.

Przynajmniej on tak myslał.
Jednak wkrótce miało się okazać, że się myli.
Jego ukochana zostawiła go. Nie z powodu jego wad, które – jak mówiła – coraz bardziej jej dokuczały, nie przez wzglad na zacofanie, wynikajace z pobytu w klatce (to chyba jedyna zła rzecz, której przyczyna nie byłaby klatka). Dla innego.
Nigdy się z tego nie otrzasnał. Nawet teraz, kiedy to wspomina (znowu żyjac w pozycji siedzącej) po policzkach ciekna mu łzy.
Był to dzień, w którym postanowił wrócić do klatki. Tak też zrobił. Kupił sobie w życiu dwie rzeczy: młotek i gwoździe, by zrobić sobie nowa klatkę. Pracował nad nia długo. Projektował, rozmyslał, przycinał, heblował, przybijał. Ta klatka była z drewna, jednak udało mu się znaleźć drzewo na tyle elastyczne, że nie roztrzaskało by się o skały jak twardy, lecz kruchy metal poprzedniej klatki.
Wkrótce była gotowa. Wysoka, szeroka (nie chciał znowu żyć w ciasnocie... żyjac wsród ludzi nabawił się klaustrofobii i zrobił wygodnicki) i mocna. Taka, jaka miała być. Zostawił tylko niewielka szczelinę, by móc wejsć do środka, i zabić owa ostatnia dziurę od wewnatrz. Tak też zrobił.
Wział do ręki młotek, kilka gwoździ, w drugą rękę ujał deskę, i wszedł do klatki. Nie wiedzieć czemu poczuł ulgę. Nie czuł się uwięziony… czuł, że jest w domu.

I wszystko byłoby cacy, gdyby deska, która zabrał ze soba do klatki nie okazała się zbyt mała. Zabił co prawda dziurę na tyle, by nie mógł się z klatki wydostać, i nikt nie mógł również dostać się do wewnątrz, lecz mała szczelinka tuż przed jego oczyma przypominała mu o tym, co zostawił.
Często zastanawiał się, czy zrobił dobrze. A może można by wszystko naprawić? – myslał czasem. Wszak na swiecie są inne kobiety, inne miejsca. Czemu pozbywam się życia, skoro zawiodło mnie ono dopiero w jednej sprawie?. Jednak nie. Nie w jednej.
Miłosć nie była jedyna sprawa, w której życie go zawiodło. Wszak to ono zgotowało mu ten los.
To ono zamknęło go w klatce.


Kiedy do tego doszedł, przestał mieć watpliwosci.
Kiedy do tego doszedł przestał się martwić... był szczęśliwy.
Kiedy do tego doszedł – umarł.<B
swiat-mroku : :